Krok – pierwsze dni w klasztorze

Klimczyk – KROK

 KROK
Najtrudniejszy dzień mojego życia -16 sierpień 1993 – dziś, po 12 latach, wspominam go jako najcenniejszy dzień mojego życia.To był poniedziałek. Jechałem z moim ojcem naszą starą Skodą 120. Dzień był upalny. Oglądałem przez szybę wielki, piękny, wolny świat. W głowie miałem mętlik. Przez mój umysł przewijała się tylko jedna myśl – rozstanie. W sercu wyło tylko jedno uczucie – tęsknota. Ta myśl żegnała wszystko, z czym się rozstawałem; mój ukochany wielki, wolny świat, dom, moich przyjaciół, dziewczynę i całą moją młodość- „chmurną i durną”. Tęsknota to rozstanie starała się opóźnić. Byłem zdumiony moją młodzieńczą decyzją… i przerażony. Przerażony własną grzesznością i świętością tej decyzji. To był dzień mojego wstąpienia do klasztoru.
Klasztorny mur przywitał mnie przed godziną szesnastą. Zadzwoniłem do furty. Z okienka wyłoniła się głowa brata zakonnego. Trochę się przestraszyłem jego twarzy. Później dopiero się dowiedziałem, że pracował ciężko w Hajfie, w hucie metali i to ta praca wyrzeźbiła jego twarz. Polecił mi, abym poczekał na księdza Magistra. Czekałem przed schodami prowadzącymi za klauzurę. Czas oczekiwania na przekroczenie drzwi klasztoru wydawał mi się wiecznością. Nogi uginały się pode mną ze strachu. Po paru minutach przyszedł ksiądz Magister. Stanął na szczycie schodów. Spojrzałem w górę. Czułem się wtedy niezwykle mały i bezradny. Zaprosił mnie na górę. Przywitał mnie i otworzył drzwi. To był mój pierwszy krok. Krok wykonany drżącymi nogami; niezwykle cenny dla całego mojego późniejszego życia.
Najtrudniejsze były pierwsze trzy miesiące. Tu wszystko było inne. Stare, klasztorne mury pamiętające wielkich królów ilustrowały nowe życie. To życie musiało być mocne i wieczne jak filary w kościele; zahartowane jak posadzka w korytarzu prowadzącym do kaplicy; mądre jak myśli naszych przodków zapisane w starych księgach klasztornej biblioteki; dobre jak setki serc bijących przez wieki w klasztornych celach i święte jak Święty Duch, który przenikał nas w średniowiecznej kaplicy.
To życie zaczęło mnie pociągać. Trochę przygniatała mnie jego twardość i męskość. Serce domagało się jeszcze miłości, czułości i delikatności. Chciało wrócić do świata. Na szczęście był mur. Mur, który mobilizował, aby poszukiwać tu – w klasztorze, w sobie. Wtedy ten Święty Duch z kaplicy otworzył mój modlitewnik na „Litanii do serca Pana Jezusa”. Modliłem się do serca Jezusa każdego dnia. Moje serce przestało się bać i wyć z tęsknoty. Zdziwione odkrywało zupełnie nieznaną dotychczas miłość. Miłość, która dawała pokój, moc i sens życia. Miłość, która była cicha i nigdy na mnie nie krzyczała, była cierpliwa i zawsze dawała szanse, nigdy się na mnie nie gniewała, ani nie unosiła przede mną pychą. Wierzyła we mnie, pokładała nadzieję i pomagała wszystko przetrzymać. Po dziś dzień mój nowicjacki modlitewnik otwiera się zawsze na litanii do serca Pana Jezusa. I te trzy kartki są najbardziej zniszczone od czytania.
W grudniu byłem już przygotowany do spowiedzi generalnej. Chciałem być bardzo szczery wobec spowiadającego mnie karmelity. Wszedłem do kaplicy. Panował w niej półmrok. Trzy miesiące w klasztorze dodało mi odwagi i męstwa. Było mi to naprawdę potrzebne, aby przeprowadzić dzielny rozrachunek z mojej przeszłości. Opowiedziałem karmelicie wszystko o ciemnych demonach mojego życia i postawiłem mu pytanie, którego bałem się najbardziej: „Czy z taką przeszłością mogę zostać w klasztorze i później zostać kapłanem?”. Odpowiedział krótko i pewnie: „MOŻESZ”. Byłem szczęśliwy. Chyba tak, jak ja wtedy się czułem, czuje się grzeszna dusza, którą po śmierci miłosierny Jezus zaprasza do siebie i mówi jej „MOŻESZ TU ZOSTAĆ – NA ZAWSZE”.
Parę dni później były obłóczyny. Sutanny dostaliśmy na Mszy św. o 6:30 rano w kaplicy. Było wtedy bardzo zimno. Sutanny były stare, naprawiane, z łatami. Jednak dla mnie były one najpiękniejsze i pachnące; jak niezwykły prezent od najlepszego przyjaciele.
Od tych grudniowych wydarzeń klasztor stał się naprawdę moim domem. Nawiązywałem wspaniałe przyjaźnie ze współbraćmi, które są żywe po dziś dzień. Nawet w wigilię Bożego Narodzenia moje serce już nie tęskniło. Dostałem nowy dom, nową rodzinę, nowy sens życia. I to było piękne.
Od tamtych dni minęło 12 lat. Ukończyłem teologię. Zrealizowałem moje marzenia. Dziś jestem już piąty rok księdzem. Często mogę się cieszyć wdzięcznością ludzi za kapłańską posługę. Dziękuję za te wszystkie dary Bogu, dziękuję Mu za cierpliwość do mnie, miłosierdzie i wiarę w moje serce. Brakuje mi jednak często tylko jednej rzeczy: tamtej, prostolinijnej, nieteologicznej, niedojrzałej, trochę naiwnej wiary… z „Litanią do serca Pana Jezusa” w ręku.

Gietrzwałd 23.02.2005r