Jerzy Hajduga CRL

Ks. Jerzy Hajduga CRL urodził się 30 marca 1952 r. w Krakowie. Wstąpił do Zakonu Kanoników Regularnych Laterańskich w 1980 r. Święcenia kapłańskie przyjął w 1987 r.

Autor tomików poetyckich, sztuk teatralnych, licznych felietonów oraz innych form publicystycznych i literackich.

Wiersze publikował między innymi w „Tygodniku Kulturalnym”,  „Poezji”, „Literaturze”, ostatnio w „Więzi” i „Przeglądzie Powszechnym”. Jego wiersze przekładano na język niemiecki i angielski.

Jest autorem spektaklu poetyckiego „Ten pusty krzyż”, wystawionego w olsztyńskim Teatrze im. S. Jaracza (1991).
Pisali o nim między innymi:
Maciej Zdziarski („Dwa żywioły”. Posłowie do tomu pod tym samym tytułem. Olsztyn 1994);
Zdzisław Łączkowski („Bez maski” w antologii „Wolność nie zniewolona, czyli spacerkiem przez sacrum i profanum”. Warszawa 1997);
Piotr Urbański („O poezji Jerzego Hajdugi”. „Przegląd Powszechny” 2006, nr 1);
Arkadiusz Frania („Unia i schizma albo poetyckie dry wine”. „Akant” 2006, nr 8);
Andrzej Sulikowski („Krótkie formy Jerzego Hajdugi”.  „Pogranicza” 2007, nr 3 oraz posłowie do tomiku „Wynajęty widok”. Warszawa 2008);
Robert Cieślak („Pisarze w sutannach i habitach”. Pod redakcją R. Cieślaka i P. Urbańskiego. Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Szczecińskiego. Szczecin 2008).

Obecnie Ks. Jerzy Hajduga CRL pracuje w parafii p.w. Przemienienia Pańskiego w Drezdenku (woj. lubuskie).
Ks. Jerzy Hajduga CRL opublikował tomiki wierszy:

  • Nawrócenie św. Augustyna (Kraków 1989)
  • Najtrudniej Bogu (Kraków 1990)
  • Panie, Ty wiesz (Drezdenko 1991)
  • Miłość, która nie mogła umrzeć (Olsztyn  1991)
  • Zabłądzić  (Kraków 1993)
  • Dwa żywioły (Olsztyn 1994)
  • Zamilczenia (Gorzów Wlkp. 1994)
  • Beze mnie (Kraków 1996)
  • Rozmilczam się na wiele głosów (Olsztyn 1998)
  • Droga krzyżowa (Ełk 2000)
  • Spoglądając  (Poznań 2003)
  • Rozerwanie nieba (Kraków 2006)
  • Wynajęty widok (Warszawa 2008)
  • Rozerwanie nieba (Kraków 2008, wydanie drugie)
  • Powieki wieków (Poznań 2012)
  • Odpocząć od cudu (Warszawa 2015)
  • Współbrzmienie, fotografie: Maria Kuczara (Kraków/Drezdenko 2016)

Felietony:

  • Granice przyzwyczajenia (Ełk 2001)
  • Klatki i klitki (Gorzów Wlkp. 2005)

 

Płyta CD

  • Coraz ciszej- wiersze Jerzego Hajdugi (śpiewa Dominika Świątek, czyta Maciej Rayzacher, 2013)

 


 

O poezji ks. Jerzego Hajdugi CRL

Ks. Andrzej Draguła

Z tej i tamtej strony muru

Symbolem bardzo często powracającym w wierszach Hajdugi jest mur. Poeta-ksiądz robi wszystko, by ten mur nie dzielił, ale łączył

Piotr Urbański w posłowiu do tomiku wierszy ks. Jerzego Hajdugi, zatytułowanego „Rozerwanie nieba”, pisze, że jego kapłańska poezja jest wolna od pustej żonglerki językiem biblijnym czy teologicznym. Chciałoby się dodać wiersze Hajdugi nie kryją się za sutanną.

Nocne skłonności do Boga

Hąjduga jest poetą odważnym, nieukrywającym przed czytelnikami swojego człowieczeństwa wraz z jego wszystkimi emocjami. Nazwałbym to nawet swoistą poetycką nagością, która każe mu mówić szczerze o stanach duszy: w końcu rzuciłem się na łóżko I okryłem kocem j ktoś jeszcze zapłakał we mnie. Jak chyba żaden polski ksiądz-poeta, Hajduga bardzo często nawiązuje do relacji, jakie łączą go czy łączyły z innymi ludźmi, często pojawia się motyw rozstania, który tak bardzo pozwala rozpoznać ludzką rysę w samotnie przeżywanym kapłaństwie. Poeta pisze równie prawdziwie o miłości, jak i o samotności, o zdradach, jak i o wierze, o ludziach, korzy się gubią, jak i o tych, którzy na powrót odnajdują siebie. W tym artykułowaniu stanów swoich i cudzych nie ma lęku czy obawy, że oto utraci swój kapłański nimb inności. W wierszu „Reszta zdrady” nie waha się nawet przyrównać zdrady do kapłańskiego gestu: pod lampą I jeszcze leży I trzydzieści I srebrników II dotykam II jak kapłan I dotyka I kielich. Hajduga staje się więc poetą dramatu istnienia. W jednym ze swoich najciekawszych wierszy pisze o „nocnych skłonnościach do Boga”. To – moim zdaniem -jedna z najlepszych poetyckich konstatacji ludzkiej natury.

Ksiądz-poeta wiele lat przepracował w Drezdenku. Dziś jest tu kapelanem szpitala

 

MIMO WSZYSTKO

mur odgradzający mnie

od braci i sióstr

nie bez wyjścia jednak

wyjmuję z muru kamień po kamieniu oknem na ulicę

kamień po kamieniu oknem na podwórko

nocami i dniami zmniejsza się we mnie

więc uczę się patrzeć jakby go wcale nie było

nie przestaję jednak

kamień

po kamieniu

Z tomiku „Rozerwanie nieba”. Miniatura 2006

Śmierć rzucona na kolana

Niewiele jest wierszy wprost kapłańskich, odwołujących się do sakramentalnych czynności czy duszpasterskiej aktywności. Jeśli się już pojawiają, są odzwierciedleniem kapiaństwa rozumianego bardziej jako swoisty dramat niż jakiekolwiek stygmatyzujące wyróżnienie. Chyba najlepiej tę trudną tożsamość wyraża wiersz pt. „Mówisz jakbyś zapomniał otworzyć cudzysłów”: wiem o Panie często Ci wstyd I za mnie / ze wstydu chowasz I twarz I na ołtarzu / iv moich I dłoniach / w moich / palcach / trzcinie / nadłamanej.

Eucharystia dokonująca się na ołtarzu staje się miejscem, gdzie spotykają się pokora Boga, który oddaje się w ludzkie ręce, i człowiecza słabość, której Bóg nie waha się jednak zawierzyć. Bóg z wierszy Hajdugi to nieustannie Bóg z rękami rozłożonymi, otwartymi i wyciągniętymi do człowieka, który choćby nie wiem jak / chciał klęknąć. Taki Bóg podnosi człowieka, ale upokarza odwieczną ludzką nieprzyjaciółkę -śmierć, wstąpmy do kościoła I niech się napatrzę f na ciebie / rzuconą / na kolana – z jakąś nieukrywaną satysfakcją zwraca się poeta w wierszu „Oblicza(nie) śmierci”.

Klasztor i reszta świata

Symbolem często powracającym w wierszach Hajdugi jest mur. Zdaje się być słowem-kluczem do zrozumienia i kapłaństwa, i poezji ks. Jerzego. Jak każdy mur, odgradza, najczęściej klasztor od reszty świata. Nie jestem samotny – deklaruje Hajduga, wbrew naszym wyobrażeniom o kapłańskim życiu, w wierszu „Wzdłuż muru”. To nie jest jednak stan bezpiecznej stabilizacji: czasami palce pragnę ciepła, czasami I chłodu. Mur jest, choć tak bardzo chciałoby się, by go nie było. Poeta-ksiądz robi wszystko, by ten mur nie dzielił, ale łączył, by stał się oknem na ulicę, podwórko, murem nie bez wyjścia jednak.

W wierszu dedykowanym ks. Janowi Twardowskiemu Hajduga pisze: oparty o mur I zastanawiam się I z której strony I Bóg zagląda. Wiersze z tomiku „Rozerwanie nieba” nie pozostawiają żadnych wątpliwości. Z tej i z tamtej – zdaje się odpowiadać Poeta z Drezdenka.


 

O poezji ks. Jerzego Hajdugi CRL

Piotr Urbański

W twoich ramionach miałem być silny

W wierszach Jerzego Hajdugi odnajduję to, czego mi niezmiernie brakuje we współczesnej poezji, a mianowicie dyskretne wzruszenie, którego mistrzem był Horacy. Odróżnia ono Hajdugę od wielu piszących duchownych, często niepewnych swych emocji, obawiających się ich werbalizacji, a zwłaszcza nie bez trudności poszukujących języka, który mógłby je wyrazić. Albo po prostu – zamkniętych na możliwość ich wyrażania. Poszukiwanie wszak jest zawsze procesem niebezpiecznym. Nie wiadomo bowiem dokąd zaprowadzi i jaką emocję wydobędzie w piszącym, a potem w czytelniku, ta czy inna fraza. Może okaże się ona niedobra, wstydliwa, nie będzie przystawała do oficjalnego wizerunku księdza? Stąd w miejscu poszukiwania, czyli również wsłuchiwania się w siebie i świat, pojawiają się w tzw. poezji kapłańskiej klisze bądź komunały zaczerpnięte już to z języka biblijnego, a co gorsza – teologicznego, już to z tekstów kultury, w żonglowaniu którymi poeci w sutannach potrafią być mistrzami. Niestety – owe popisy erudycyjne okazują się zbyt często semantycznie puste. Są jednak bezpieczne, bo skrywają człowieka i jego wrażliwość, która nie mieści się często w tym, co oficjalne, bezpieczne, dobrze widziane. Wiersze Hajdugi są wolne od tych obciążeń. Podobnie jak od naśladowania mistrzów, choćby ks. Jana Twardowskiego. Do jego patronatu Hajduga chętnie się przyznaje, lecz w moim przekonaniu polega on raczej na ośmieleniu do pisania, nie zaś na traktowania autora Na osiołku jako źródła inspiracji i języka poetyckiego. Przeto jest to alegacja raczej grzecznościowa, może wynikająca z fascynacji nowym wizerunkiem księdza-człowieka kultury, niż rzeczywista. Znacznie bliższa jest przecież Hajdudze tradycja „świecka”, poniekąd mniej stosowna dla poety zakonnika. Stanowią ją takie wybitne postaci jak Rafał Wojaczek czy Tadeusz Różewicz (nb. nieoczekiwanie najlepsi księża poeci, jak choćby Wacław Oszajca SJ, nawiązują właśnie do niego – niepokornego samotnika), ale również poeci z grupy „Teraz” oraz Nowej Fali ze swym intelektualizmem. Z dawnych autorów Hajduga nawiązuje do barokowego prowokatora Józefa Baki SJ, przejmując jego manierę arcykrótkiego wersu, a także swoistej błazenady, która ma zaszokować czytelnika, by poruszone emocje zmieniły jego myślenie czy sposób odczuwania rzeczywistości.

Przeważa przeto u Hajdugi nowoczesność, np. kapitalny wiersz Dwa żywioły, jeden z „wojaczkowatych” tekstów – bardzo wczesny (z sierpnia 1976) – do dziś przykuwa uwagę autora. W wersji zamieszczonej w tym tomie zmiana jest pozornie niewielka. Porównanie małego fragmentu ujawnia jednak coraz większą świadomość słowa i dążenie do jego ekonomii. W pierwodruku czytamy: „odkąd czuję w sobie / nogi i ręce człowieka / odkąd moja głowa cięższa o następną głowę człowieka // nazywam się Rekin i jutro stanę się człowiekiem /albo odejdę od niego tam na ziemię”. Natomiast tu: „odkąd czuję w sobie / nogi i ręce / odkąd moja głowa cięższa / o następną / nazywam się Rekin i jutro stanę się / albo odejdę tam na ziemię”.

Jak wspomniałem, motywy kulturowe nie pojawiają się często w poezji Hajdugi, a przeto nie stają się pustymi znakami. Przedkłada on ponad nie konkret codziennego doświadczenia, zamkniętego w ramy takie, by zyskiwało ono charakter ogólny. Dzięki temu czytelnik nie czuje się niezręcznie w zetknięciu z prywatnością czy intymnością emocji, zawsze pozbawionych patosu, pozoru wzniosłości, krzyku. Niekiedy ustępują one miejsca pozornie tylko chłodnemu opisowi najprostszych, codziennych sytuacji, co wywoływać może u odbiorcy jeszcze większe wzruszenie (bliskie to chyba Różewicza). Tak jest choćby w otwierającym ten tom wierszu, napisanym po śmierci matki, dwa miesiące przed święceniami (Mama zmarła).

Przykład ten dowodzi także, iż Hajduga nie boi się eksperymentu z językiem oraz z własnymi tekstami, które wędrują z tomu do tomu; zmieniają się ich wersje i interpunkcja, a w końcu często również sens. Nie upatrywałbym w tym jednak dążenia do zabawy. Raczej może do ekonomii słowa, a już na pewno do sprawdzania znaczenia całego tekstu, jakie powstaje po wprowadzeniu pozornie drobnej zmiany. Wiersz ten -jeden z najlepszych zresztą -pojawił się w pewnym portalu internetowym z niewielkim (w stosunku do pierwodruku) opuszczeniem: „twój syn Jerzy / da sobie / radę / bez / ciebie”. Po pierwszym z cytowanych wersów znikły więc słowa „jest księdzem”. Nie chodzi tu tylko o zatarcie pierwotnego sensu, ani o próbę ukrycia obranego zajęcia. Raczej o sprawdzenie nowego znaczenia, spojrzenia na siebie z jednoczesnym ujęciem w nawias kapłaństwa. Wiersz jest wzruszający przez swą zwykłość. Początek zestawia codzienną troskę matki, której brak odczuwa się boleśnie przez oderwany guzik, natrętnie przypominający jej nieobecność, z reakcją na wieść o śmieci, w której poeta korzysta z hiperboli i animizacji zarazem (wykręcone ucho kubka – powiedzielibyśmy raczej, że ucho można oderwać). Anaforycznie powtórzone słowa „co będzie” również podkreślają ową pustkę: co będzie z rzeczywistością tu i tam, moją -syna i twoją – matki. Zdumiewające, że kapłaństwo – bardzo przez matkę wyczekiwane – nieoczekiwanie staje się (pozornie?) antywartością, ostatecznym oddzieleniem jej od syna, dokonującym się właśnie w chwili objawienia jej tego faktu przez samego Boga. Syn sobie bez niej „da radę” – dosłownie i w przenośni. Kapłaństwo więc, poniekąd, wprowadzi oddalenie, a nawet oddzielenie. Wiersz niespodziewanie staje się gestem wykluczenia, nagrobkiem, którego kulturowa funkcja polegała na separacji „raz na zawsze” świata żywych od świata umarłych. Przywołana zmiana powoduje daleko idące, acz oczywiste konsekwencje interpretacyjne.

Nie dziwi więc, że Hajduga dość rzadko tematyzuje w wierszach kapłaństwo. Nie wchodząc tu w problem definiowania tzw. poezji kapłańskiej, warto zapytać, czy jest to tak, iż bycie duchownym wpływa na poetykę czy tylko tematykę utworów.

Czy można zredukować człowieczeństwo -a o nie przecież zawsze idzie w poezji – do wykonywanej czy sprawowanej funkcji społecznej? Wiersze Hajdugi przekonują mnie, że możliwa jest wyłącznie odpowiedź przecząca.

Stąd bardzo cenię to, iż Hajduga nie dokonuje wobec swego czytelnika „aktu przemocy”, że pozwala mu na wieloraką, co najmniej podwójną interpretację niektórych tekstów, w zależności od kontekstu, który odbiorca zechce – lub nie zechce -uwzględnić. Jeśli wprost mówi o byciu księdzem, związane jest to z początkiem drogi. Czasem kapłaństwo bywa zasygnalizowane, ale poeta nie proponuje refleksji nad przeżywaniem swej aktywności duszpasterskiej czy też nad rolą kapłana we współczesnym świecie. W ten sposób jego wiersze unikają zbliżenia do publicystyki. Hajduga-poeta zdaje się kimś zupełnie innym niż Hajduga-felietonista. Jego refleksje publikowane m.in. na łamach „Niedzieli” (ostatnio częściowo zebrane w książeczce Klatki i klitki) bywają pełne jednoznacznych ocen, deklaracji, pouczeń. Nie chcę przez to powiedzieć, że któreś z tych wcieleń jest mniej ważne. One są świadomie odmienne, wynikają z pozytywnej, „laickiej” świadomości odrębnego statusu różnych fragmentów życia. Najważniejsze motywy poetyckie, takie jak bycie u siebie resp. dochodzenie do siebie czy samotność, są niemożliwe do zrealizowania w formie publicznej, jaką jest felieton.

Warto przyjrzeć się jeszcze jednemu wierszowi, zatytułowanemu Wzdłuż muru. Nawiązuje on do formy listu poetyckiego, jest formą wyznania, skierowanego do nieznanego adresata bądź adresatki. Nie zna on/ona przestrzeni życiowej poety, owa przestrzeń jest bowiem niedostępna, ukryta za oddzielającym od świata murem. Poddaje się jednak opisowi, acz nie do końca: „chciałbym napisać” to nie znaczy przecież, iż jestem w stanie to uczynić. Mur jest tylko i aż symbolem. Po pierwsze, symbolem życia w zamknięciu klasztoru – kieruje uwagę czytelnika na problem kapłaństwa i celibatu, dość rzadko poruszany w wierszach Hajdugi, który i w tym miejscu jest niezmiernie daleki od powtarzania komunałów o ich wartości, Po drugie, mur jest symbolem oddzielenia od bliskiej acz nieobecnej osoby.

Zawarty w tym wierszu opis jest bardzo zredukowany – „jeden wysoki mur”, żadnych szczegółów. Jego długość jest również kwestią umowną, wypowiedzianą tylko przez porównanie do zapamiętanego, subiektywnego odczucia czasu w pożegnalny wieczór. Czy owo pożegnanie to rozstanie kobiety i mężczyzny, który decyduje się na wybranie nowej formy życia, czy też rozstanie (nie na zawsze może) dwóch przyjaciół, to kwestia otwarta (nb. tylko w jednej z wersji tekstu dzięki dedykacji sytuacja staje się jednoznaczna).

Najbardziej interesujący jest jednak w wierszu sposób zwerbalizowania owego stanu, bardzo sensualistyczny: „Ostatnio po murze ruszam palcami. / Czasami palce pragną ciepła, czasami / chłodu”, wzmocniony przerzutnią. Wypowiedziane po tym finałowe słowa „Nie jestem samotny” są nie tylko paradoksalne, ale wręcz porażające; każą zarazem wierzyć i nie wierzyć wyznaniu.

Centrum emocjonalne Hajdugi-poety odnajdywałbym jednak w utworze Tkliwość wiary:

 

W Twoich ramionach

miałem być  silny tymczasem

wzruszasz mnie wzruszasz

Chciałoby się podsumować: tyle poetyk – a jedno wzruszenie. Za to wielorakie. Znowu wiersz ten jest rozpięty między kontekstem religijnym a miłosnym. Przekonuje mnie tym razem jednak ów pierwszy. Zamiast siły płynącej z wiary – ‘wzruszenie. „Tylko”- czy „aż” wzruszenie? Konsekwencją jest wrażliwość czyniąca Hajdugę niby nieodpornym na jej negatywne strony, ale – paradoksalnie – silnym, bo owym wzruszeniem opanowującym rzeczywistość. I czytelnika.

 


O poezji ks. Jerzego Hajdugi CRL

Andrzej Sulikowski  
Szczecin Głębokie, dnia 16-18 czerwca 2007    

Krótkie formy Jerzego Hajdugi

Z kilku dotychczasowych tomów poetyckich Jerzego Hajdugi (*1952, Kraków) Piotr Urbański wybrał niemal sto wierszy, które zaprezentował  w porządku chronologicznym1. Już od debiutanckiego Nawrócenia św. Augustyna (1989) widać, że autor jest doskonale oczytany w poezji współczesnej i dawniejszej, że chętnie stosuje gry językowe, jak nieco starsi autorzy Nowej Fali, że będzie ciążył ku tekstom najkrótszym, podobnie jak Ryszard Krynicki, redukujący komunikat liryczny do dwóch, trzech wersów. Wiele motywów i rozwiązań zapożycza od Jana Twardowskiego: kubek z uchem i przyszywanie guzika przez matkę (s. 5), „księżyc głuptas” (s. 39), głębokie odniesienie wewnętrzne do macierzyństwa (poprzez refleksję o zmarłej, s. 45), umiłowanie liturgii, w której uczestniczy i jako kapłan, i jednocześnie jako profan, niegodny łask dawanych od ołtarza.

W starych kulturach Dalekiego Wschodu nastąpiło swoiste „zmęczenie tekstami”, nadmiarem słów, gadatliwością literatury. Dlatego w Japonii pojawiło się haiku, tak ważne w literaturze Europy XX wieku. Coraz popularniejsze stają się dziś — szczególnie dzięki przekładom Staffa, Miłosza, młodszych autorów z drugiej połowy XX wieku — teksty mądrościowe Chin, Wietnamu, Indii, Persji. Na Starym Kontynencie żyjemy jeszcze złudzeniami, że nieograniczona wielość książek może nasycać duszę czytelnika, a nawet doskonalić go duchowo. Tymczasem stoimy na progu procesów odbiorczych, które w kulturach Dalekiego Orientu są już dawno zakończone: odbiorcy pozostaje nieomal pusta kartka papieru, papirusu, tabliczka woskowa z rysikiem.

Tekst zanikający — jak w późnych wierszach Jana Twardowskiego —  prowadzi raczej ku pozasłownej medytacji, niż ku skojarzeniom semantycznym. W gruncie rzeczy nie chodzi o mnożenie słów i tomów poetyckich, zapełnianie i tak przeładowanych półek księgarskich czy bibliotecznych, lecz o samokrytyczne, powściągliwe aż do ascezy „czernienie papieru” (jak pisał ironicznie Jerzy Stempowski). Hajduga nawiązuje do klasztornej tradycji buddyjskiej, mówiąc najprościej o swym stanie ducha, o istotnych zdobyczach wewnętrznych: „codziennie sprzątam po sobie” (s. 73).

Jednocześnie w wierszach Hajdugi, który całym sobą tkwi w chwalebnym nurcie ascezy zakonnej, pojawiają się osobliwe ciągi utworów, sumujące się w wątki liryczne. Za najważniejszy uważam szereg tekstów, dotyczących odejścia matki: Mama zmarła, Zamilczenia, Po staremu, Coraz ciszej. Następnie teksty odwołujące się do życia rodzinnego w dawnym, już nieistniejącym układzie familijnym. Wreszcie teksty odnoszące się do „ja” o dość wyrazistej semantyce: ktoś bezimienny, stojący w ogrodzie klasztornym, napotykający na swej drodze przeszkody. Znamienne, że jest to zwykle mur, ściana ze skał. Konstrukcja więc masywna, nie do przebycia, dzieląca przestrzeń na obszar zamknięty wedle jakichś wartości (stąd skojarzenia z klauzurą klasztorną) i obszar zewnętrzny, istniejący jakby „poza” horyzontem podmiotu lirycznego.

Wydaje się przy pierwszych lekturach Rozerwania nieba, że zagadnienia religijne stanowią właściwie margines pisarstwa Hajdugi. Chodzi autorowi raczej o uchwycenie drobnego epizodu, zapis jakiegoś błysku, małej iluminacji, wewnętrznego olśnienia. Tak postępując, poeta sadowi się w rzędzie sprawdzonych liryków, jak Białoszewski, Różewicz. Słusznie zauważa Piotr Urbański, że umiejętność językowego pochwycenia szczegółu przypomina Horacego. Dopiero kolejne lektury, ogarniające całość tomu, uświadamiają, że mamy do czynienia z poezją oszczędną, niebanalną i artystycznie trafną. Wiersze Hajdugi doskonale nadają się — z racji zwięzłości — do cytowania. Oto próbki z drobnymi komentarzami.

Moja liturgia powrotów

…jeszcze położę dłoń na twoim ramieniu

o Panie tak położyć dłoń  aby dzieci

myślały że jest lżejsza od krzyża

a ci co nie są dziećmi

że to przyjaźń

z tomiku Nawrócenie św. Augustyna (1989), RN, s. 18

W wierszu zaledwie wypowiedzianym ocalało wewnętrzne westchnienie poety. Stąd na początku wielokropek. Codziennie odchodzimy, żegnamy się, podajemy dłoń. Ręka — kończyna niewątpliwie symboliczna, równie wymowna, jak twarz człowieka. „Położenie dłoni” to gest przyjaźni, zaufania i — niedostrzeganego — błogosławieństwa. W tytule znajdujemy rzeczownik „liturgia”, wskazujący na zachowanie uporządkowane, celowe, służbę wobec Boga (bogów) czy państwa; dosłownie po grecku oznacza „czyn ludu”. Wiemy z doświadczenia, że nic nie staje się bardziej zmechanizowane, niż służba liturgiczna bez autentycznego przeżycia religijnego.

Stąd drugie, ważne i „kierunkowe” słowo wiersza. Apostrofa „o Panie” mająca niewątpliwie sens chrystologiczny. W każdym rozstaniu tkwi coś z „rozłąki wieczystej” (jak mówiono za czasów Kazimierza Przerwy-Tetmajera). W każdym pożegnaniu jakieś cierpienie, choćby tylko możliwe. Drogi nasze się przecinają, drogi się na pewien czas krzyżują, ale potem rozchodzą. Nawet przyjaźń podlega destrukcji — przez lat dziesiątki jesteśmy blisko, w zasięgu ręki, aż nagle coś pęka, oddala się bezpowrotnie.

„Liturgia powrotów” Hajdugi to wytrwałe zdążanie ku wartościom. Nawet przy świadomości, że wszystkie” — poza Chrystusem, poza sferą nadprzyrodzoną — mają istnienie względne, czyli nietrwałe.

O wiele rzadziej Hajduga pisze wprost o relacjach Boga i ludzi. I to nie w swoim imieniu, lecz przysłuchując się komuś, w locie chwytając  wypowiedziane zdanie. Ma świadomość jeszcze przedliteracką, z przestrzeni kultury oralnej, że najważniejsze teksty międzyludzkie pozostają w powietrzu, po czym nikną, nie zapisane, nawet nie zawsze prawidłowo usłyszane, a co dopiero — zrozumiane. Z tej osobliwej Księgi codziennych odezwań został wyjęty poniższy wiersz:

Głosy o powołaniu

Jezu czy to może być prawda

co mówią o nas ludzie

że to przez Ciebie

i przeze mnie

przez naszą miłość

taki dobry chłopiec

mój przyjaciel

zostawił wszystkich

i wszystko

zamknął za sobą

bramę

klasztorną

z tomiku Najtrudniej Bogu (1990), RN, s. 29

Na wskroś teologiczny jest w tytule wiersza termin „powołanie”. W etymologii swojej opisuje — podobnie jak w łacinie czy angielskim — sytuację wezwania człowieka przez Boga. Nowoczesna terminologia humanistyczna, przeważnie laicka, zdaje się skrzętnie omijać ten rzeczownik, a prawie nigdy go nie używa w istotnym, egzystencjalnym sensie. Człowiek tymczasem słyszy w jakiś sposób głos Boga: czy to słuchem wewnętrznym, jak to określa św. Augustyn, czy to w wypowiedziach ludzi przynoszących młodemu przeważnie słuchaczowi jakieś wskazówki co do wyborów życiowych. Mimo odejścia postmodernistów od problematyki teologicznej, zagadnienie powołania zauważamy w życiu każdej niemal osoby młodej, o ile rozwija ona myślenie własne na poziomie cokolwiek wyższym od zastosowań wyłącznie praktycznych.

U początku nowej drogi życia pojawia się w wierszu „brama klasztorna”. Trochę podobnie, jak w finale Górze siedmiopiętrowej Tomasza Mertona. Widzimy tutaj wyraźnie motyw autobiograficzny, bo Jerzy Hajduga — jak czytamy w biogramie załączonym do Rozerwania nieba — należy do Zgromadzenia Kanoników Laterańskich. Tak więc realia codzienne klasztoru zna doskonale z autopsji, ale wykorzystuje ten egzotyczny materiał z wielkim umiarkowaniem. Nie buduje w żadnym wypadku jakiegoś „ja” księżowskiego, co znamy z pośledniej poezji kapłańskiego minionego stulecia. W dyskretny sposób nawiązuje do Tomasza a Kempis, uprawiając aforyzm w kształcie aktu strzelistego. Ten rodzaj modlitwy najkrótszej, znanej w macierzystym Zgromadzeniu autora, bardzo ceniono w wiekach średnich, a w wielu szkołach duchowości zalecana jest i dzisiaj. Oto paradoksalny poniekąd wiersz:

Ten pusty krzyż

O Jezu

przybity

już wiem

co to

znaczy

z tomiku Zabłądzić (1993), RN, s. 38

Dla siebie samego Hajduga rezerwuje stanowisko na uboczu, skromny punkt widzenia kogoś, kto — świadom istnienia „murów” w komunikacji społecznej — każdego dnia „wyjmuje kamień  po kamieniu” (Mimo wszystko, s. 8). Jest to więc autor o wybitnym ukierunkowaniu dialogicznym, odrzucający — wzorem ks. Jana Twardowskiego — wszelkie przywileje, możliwe do osiągnięcia dzięki stanowi duchowemu. Nie celebruje przynależności do stanu kapłańskiego, nie stawia swej wiary wyżej, ponad możliwościami świeckich (spogląda często na „pusty krzyż”, motyw istotny, wymagający obszerniejszego komentarza). Z rytuałów modlitewnych nie buduje drabiny do nieba, bo nie w wielosłowiu leży siła religii chrześcijańskiej.

Konstruując podmiot liryczny, Hajduga dąży do zbudowania płaszczyzny refleksji. Wprowadza ton kameralny, nie kończy i nie domyka dialogów duchowych, zadowala się strzępkami zdań, chętnie — prawie w każdym wierszu — wykorzystuje wieloznaczność słów. Posuwa się jeszcze dalej niż młody Karol Wojtyła w poetyckich medytacjach, np. w Pieśni o blasku wody, próbuje w sposób na owe czasy awangardowy uchwycić wewnętrzne, właściwie w żadnym języku niewyrażalne przeżycia religijne.

Aby prawidłowo interpretować wiersze autora Rozerwania nieba, trzeba mieć w pamięci rozmaite frazeologizmy języka codziennego, polszczyznę literacką i potoczną zarazem, trzeba być niezmiernie wyczulonym na semantyczną grę wyrazów czy zdań. To wyraźny ślad Norwidowego podejścia do języka poetyckiego. A także bogatych doświadczeń dwudziestowiecznej poezji lingwistycznej.

Jednak zakonny poeta dodaje coś istotnego od siebie: starannie upatrzoną, poniekąd nawet symboliczną, sytuację wypowiedzenia. Pojedynczego wiersza nie możemy oderwać od szerokiego kontekstu, jakim jest cała twórczość (i postawa) Jerzego Hajdugi. W biografii artystycznej i prywatnej tego autora powstaje, jakby powiedział Norwid, znaczący „całożywot”. Nie znamy, oczywiście, przyszłych losów zakonnego poety. Rozdziały kolejne będą niechybnie zapisane — jako niepowtarzalna linia losu.

Przeczytajmy na zakończenie wiersz bez tytułu:

* * *

białe gałęzie jabłoni

uderzają w kraty otwartego okna

pierwsza noc w klasztorze

z tomiku Zamilczenia (1994), RNO, s. 39