Ciało w celi(bacie) – bp. Grzegorz Ryś

Opublikowano

Tomasz Ponikło: Dlaczego rozpoznając w sobie powołanie kapłańskie, przyszły ksiądz musi zdecydować się na wyrzeczenie, poświęcenie, rezygnację – zaraz dobierzemy odpowiednie słowo – z tego, co jest wpisane w naturę człowieka: z rodzicielstwa? Prawo naturalne jest nieustannie na ustach hierarchów, a celibat pozostaje mu jednak przeciwny. Budowanie rodziny będzie udziałem większości ludzi, ale nie księdza. To stawia kapłana na bocznym torze w stosunku do głównego nurtu, którym płynie życie. Czytaj dalej Ciało w celi(bacie) – bp. Grzegorz Ryś

ks. Tadeusz Masłowski CRL

Opublikowano

„Byłem kapelanem biskupa Karola Wojtyły!”

Rozmowa z księdzem Tadeuszem Masłowskim CRL, kapelanem ks. bpa Karola Wojtyły z okazji kanonizacji papieża Jana Pawła II.

Rafał Przestrzelski CRL– Jak doszło do tego, że został ksiądz kapelanem ks. bpa Karola Wojtyły?

Tadeusz Masłowski CRL– Zanim dam odpowiedź na postawione pytanie, to najpierw może dobrze będzie zapoznać się z ważniejszymi wydarzeniami tego czasu w Kościele Powszechnym i krakowskim. I tak: 4 lutego 1958r. zmarł bp Stanisław Rospond, sufragan krakowski i pozostał sam ordynariusz abp Baziak, były metropolita Lwowski obrządku łacińskiego, którego władze komunistyczne nie cierpiały; 9 października 1958 roku zmarł Ojciec Święty Pius XII. Tenże papież jeszcze za swojego życia 8 lipca 1958 roku podpisał nominację na biskupa dla ks. Karola Wojtyły, czyniąc go biskupem tytularnym Ombii i zarazem sufraganem biskupa ordynariusza Krakowskiego. Biskup nominat Karol Wojtyła był najmłodszym, bo 38-letnim w gronie biskupów. Konsekracja biskupia Karola Wojtyły miała miejsce 28 września 1958 roku w katedrze na Wawelu.

Od nowo konsekrowanego biskupa sufragana otrzymałem dwa wyższe święcenia: subdiakonat i diakonat. To były moje pierwsze spotkania z nowym biskupem Karolem. natomiast święcenia kapłańskie otrzymałem w kościele xx. Misjonarzy na Stradomiu, wyświęcony przez ks. bpa Jana Kantego Lorka, ordynariusza Sandomierskiego, 19 czerwca 1960r. Wcześniej, przede mną funkcję kapelana ks. bpa Karola Wojtyły pełnił nasz ksiądz Rudolf Droździewicz CRL w roku 1959. W 1960r. przejął on katechizację młodzieży po ks. diecezjalnym Bolesławie Sadusiu, który został powołany do pracy w Wydziale Katechetycznym Kurii Metropolitalnej. I tak zaledwie w 2 miesiące po święceniach kapłańskich zostałem wyznaczony na kapelana do ks. bpa Karola Wojtyły. Przełożony Prowincji Polskiej Kanoników Regularnych Laterańskich ks. Emil Klenart w połowie sierpnia 1960r. zakomunikował, że przeznacza mnie do pracy jako kapelana biskupiego. Trzeba koniecznie przypomnieć, że zgodnie z prawem kościelnym księża biskupi sufragani, dziś mówimy biskupi pomocniczy, nie mają prawa do posiadania kapelana jako stałego pomocnika, natomiast posiadają tzw. kapelanów do czynności. I takim właśnie kapelanem zostałem.

W takim razie dlaczego ks. bp Karol Wojtyła wybierał sobie kapelanów z zakonu Księży Kanoników Regularnych Laterańskich?

Można tylko przypuszczać, że to dzięki ważnej roli i pozycji w Kurii Metropolitalnej Krakowskiej ks. Franciszka Grabiszewskiego, proboszcza parafii Bożego Ciała na Krakowskim Kazimierzu, który pracował w Sądzie Metropolitalnym. Znał on kilka języków, a do tego był bardzo dobrym znawcą języka łacińskiego. W tym czasie wszystkie sprawy na piśmie przesyłane do Watykanu były redagowane w języku łacińskim. Ks. bp Wojtyła cenił sobie ks. Franciszka i korzystał z jego szczególnej pomocy. I dlatego zapewne zwrócił się do zakonu o kapelana, tym bardziej, że w tym roku wyświęcono w naszym zakonie aż 7 kapłanów.

Jako kapelan, będąc bardzo blisko księdza biskupa Karola, jak go ksiądz postrzegał i jakim był człowiekiem?

Na to pytanie odpowiadam z całkowitym przekonaniem, że był to człowiek przede wszystkim bezpośredni, radosny, nigdy nie okazywał swej wyższości, lubił żartować. To co uderzało i pociągało do niego to, że miał ogromny wprost szacunek do starszych księży: proboszczów, kanoników, prałatów. Często wypytywał się jak wyglądała kiedyś praca kapłańska. Umiał i lubił słuchać innych. Nigdy nie widziałem go zdenerwowanego i nie opanowanego. Raz zdarzyło się, że odmówił grupie młodzieży sakramentu bierzmowania, bo byli intelektualnie w ogóle nie przygotowani. Spokojnie wytłumaczył dlaczego i kazał całą noc przygotować się z katechizmu, a na drugi dzień udzielił im tego sakramentu. Dobrze pamiętam, gdzie to było. Powiem tylko, że ta parafia budowała nowy, piękny kościół.

Jakie wydarzenie związane z ks. bp Wojtyłą zapadło księdzu najgłębiej w pamięci?

Wydarzeń i spotkań oczywiście było bardzo wiele, ale wszystkie raczej w ramach obowiązków kapłańskich. Spotkań z biskupem było wiele, potem, gdy został ordynariuszem i Arcybiskupem Metropolitą i w końcu Kardynałem. Były to spotkania w Kurii Metropolitalnej na comiesięcznych spotkaniach katechetycznych, wtedy przeważnie tylko samych księży i spotkania w parafiach.  Jedno spotkanie z Księdzem Kardynałem Wojtyłą zapadło mi w pamięci. Było to w 1969r. Ja powróciłem do Krakowa z rocznej pracy w parafii Drezdenko. Ks. Kardynał przeprowadzał w parafii Bożego Ciała wizytację kanoniczną. Trwała ona prawie trzy miesiące, ponieważ ks. Kardynał wyjeżdżał w międzyczasie do Rzymu. Było to tak: już przed święceniami kapłańskimi, jako diakon, zachorowałem na kamienicę nerkową. Wychodzenie kamienia nerkowego trwało prawie 3 tygodnie. Potem, gdy przestałem być kapelanem i zacząłem uczyć dzieci przy parafii w salkach katechetycznych „rodziłem” kamienie prawie co dwa lata, za każdym razem kamień wychodził w wielkich bólach przez tydzień czasu. W tym dniu, o którym będziemy mówić skończyłem religię z dziećmi wieczorem. Dostałem nagle bolesnego ataku- zaczęła się wędrówka kamienia. Położyłem się do łóżka, drzwi z pokoju na korytarz nie były zamknięte i w tym czasie, po nabożeństwie w kościele, szedł korytarzem ks. kard. Wojtyła i proboszcz Grabiszewski. Ks. Kardynał wszedł do mojego pokoju i pyta się: „Co się stało?”. A ja na to, że kamienica nerkowa i że muszę swoje odleżeć i przecierpieć. Po chwili, jakoś bez większego zastanowienia powiedziałem: „Gdybym był kardynałem, to bym pewnie nie chorował”. Uśmiechnął się, następnie chwilkę zamyślony postał nade mną i na odchodne pobłogosławił. Po wyjściu ks. Kardynała, po jakichś 15 minutach kamień bez większych boleści „wyszedł”. Powtarzam „wychodzenie” kamienia przeważnie trwało w okropnych bólach przynajmniej tydzień czasu. A tu po 15 minutach. Ale nie koniec na tym.  Przestałem wtedy chorować na kamienicę całkowicie, aż po dzień dzisiejszy, natomiast ks. Kardynał Karol zaczął chorować na nerki i kamienicę nerkową. Narzuca się samo, że wtedy wyprosił dla mnie cudowne uzdrowienie i moją  chorobę przejął na siebie. Jak naprawdę było, może dobroć Boża kiedyś w niebie pozwoli to wyjaśnić.

Jestem mu wdzięczny nie tylko za zdrowie, ale że mogłem się dużo nauczyć od niego. Szczególnie jego umiłowania modlitwy. A resztę to tylko Deus Scit! Gdy byłem wikariuszem parafii Kamień w 1978r. ks. Kardynał miał wizytację kanoniczną w Kamieniu. Pamiętam jak wchodziliśmy po schodach: ks. Kardynał, ks. prof. Borowski, który też rezydował w Kamieniu, ks. proboszcz Krygier i ja jako wikariusz. Wtedy jakoś bez większego zastanowienia powiedziałem w stronę ks. Kardynała takie słowa: „ Życzę Eminencji, by został papieżem”. A ks. Kardynał odpowiedział: „Czy ty wiesz, co mówisz?” i powtórzył to drugi raz.

Chyba ksiądz wiedział co mówi. Życzenie się spełniło. A jak odebrał ksiądz tę niesłychaną wiadomość o wyborze przez konklawe kardynała z Krakowa na Stolicę Apostolską?

W tym czasie mieszkałem i pracowałem jako proboszcz w Kamieniu. Na drugi dzień po wyborze przyjechałem do Krakowa i spotkaliśmy się z ks. Droździewiczem, który mnie, a ja jemu gratulowaliśmy tego nadzwyczajnego wydarzenia z największą radością. Wtedy też myślałem o moich słowach życzenia by został papieżem. Było to jednak na pewno dzieło samego Boga, sam Jezus Chrystus wybiera swoich namiestników. Było mi też trochę smutno, że już nie będzie go w Krakowie, że nie będzie można jak dotychczas przyjść, usłyszeć jego słowa, dostrzec pełny życzliwości uśmiech na jego twarzy. W 1983 roku otrzymałem z Watykanu duże zdjęcie Ojca Świętego z błogosławieństwem imiennym i podpisem.

Czy ksiądz miał szczęście spotkać się bliżej z Ojcem Świętym Janem Pawłem II po jego wyborze?

Tak, byłem z pielgrzymką Solidarności Kraków PKS osobowy w 1993r.   Mieliśmy spotkanie z  Ojcem Świętym na dziedzińcu Damazego wewnątrz Pałacu Watykańskiego. Ojciec Święty z każdą grupą robił zdjęcie. Gdy podszedł do naszej grupy powiedział: „Tadziu, mój kapelanie”, do ludzi natomiast powiedział: „On był moim kapelanem.” Położył na moją głowę rękę i powiedział: „Aleś posiwiał!”, a ja na to odpowiedziałem: „Ojcze Święty to starość”, a on: „Ty i starość?” Później miałem jeszcze kilka okazji, by jechać do Rzymu z pielgrzymami, ale w zasadzie nigdy już się nie zgodziłem.

Czy ksiądz jakoś odczuwał, że ma do czynienia z człowiekiem świętym?

Przyznam się szczerze, że nigdy o tym nie myślałem i chyba nie mówiłem. Ale jego postawa wobec każdego człowieka mówiła sama za siebie, że jest to wyjątkowy człowiek, Boży kapłan, kardynał i na końcu Ojciec Święty. Tu muszę dodać, że jak został ogłoszony błogosławionym to codziennie nie tylko wzywałem jego wstawiennictwa, ale po prostu rozmawiałem z nim jak z żyjącą osobą i najlepszym ojcem.  Szczególnie proszę żeby zesłał mi odrobinę swojego ducha kapłańskiego.

Jak ksiądz Tadeusz będzie przeżywał kanonizację w dniu 27 kwietnia br. aż dwóch świętych papieży, a szczególnie naszego umiłowanego rodaka Jana Pawła II?

O wyjeździe do Rzymu nawet nie mogę marzyć, bo jestem za stary i do tego dochodzą kłopoty ze zdrowiem. Samą kanonizację zobaczę na pewno przed telewizorem.  Jeśli oczywiście pozwolą mi na to zajęcia duszpasterskie. Ale nie jako zwykły widz, lecz w duchu modlitwy, w łączności z pielgrzymami na Placu św. Piotra.

Serdecznie dziękuję księdzu za rozmowę i życzę wielu łask Bożych przez wstawiennictwo św. Jana Pawła II.

ks. Marian Dudzik CRL

Opublikowano

O spadających szafach, ostrzeniu żyletek, wpadkach na ślubach i złodziejach w kościele opowiada ks. Marian Dudzik CRL.

Długie jesienne wieczory sprzyjają rozmowom przy herbacie. Podczas wyjazdu na wypominki do Drezdenka postanowiłem bliżej poznać jednego z księży Drezdeneckiej wspólnoty – ks. Mariana Dudzika CRL. Przyjemna pogawędka dostarczyła ciekawych z życia wziętych historii – jak zwykle prosto zza klauzury.

O wypadających drzwiach…

Mój pierwszy dzień w klasztorze zapamiętam do końca życia. Do Krakowa przyjechałem z klerykami, którzy wracali z wakacji w Rąpinie. Po przekroczeniu klauzury klasztornej od razu zaprowadzili mnie do sypialni nowicjatu. Na sali znajdowało się siedem łóżek. Jedno wolne czekało na mnie. – Rozpakuj się, my musimy iść do siebie – powiedział jeden z kleryków, po czym wszyscy wyszli i zostałem sam. Postanowiłem skorzystać z rady współbraci i zacząłem rozpakowywać walizki. Obok mojego łóżka stała jakaś stara, przedwojenna szafa. –Powinienem się w niej zmieścić – pomyślałem, po czym energicznym ruchem otworzyłem drzwi, które pozbawione zawiasów uderzyły mnie w głowę.  -Boże, gdzie ja jestem i co ja tu robię? –pomyślałem. Włożyłem drzwi na swoje miejsce, otrząsnąłem się  i usiadłem. Po chwili przyszli pozostali nowicjusze. Zmieściłem ubrania w szafie, ale od tego momentu obchodziłem się z nią wyjątkowo delikatnie.

Trudy nowicjatu

Pierwszy rok jest zwykle najtrudniejszy w życiu zakonnym. W nowicjacie trudno było o najbardziej podstawowe środki higieny. Pieniądze otrzymywane od rodziców oddawaliśmy  wspólnocie zakonnej na ręce księdza Magistra – naszego wychowawcy. Pewnego dnia skończyły mi się żyletki do golenia. Miałem twardy zarost  i dlatego jedna żyletka wystarczała mi na 2-3 golenia. Postanowiłem, zgodnie ze zwyczajem, powiedzieć o tym ks. Magistrowi. Oczywiście liczyłem, że da mi na nie pieniądze. A on na to: -Don Mariano, nie wiecie co z tym zrobić? – Odwrócił się i poszedł do łazienki. Po chwili wrócił ze szklanką i żyletką w ręku. Włożył żyletkę do szklanki zaczął ją ostrzyć… Po zaprezentowaniu tej rewolucyjnej metody przedłużania życia żyletek z uśmiechem nakazał mi ją naostrzyć. Próbowałem. Starałem się. Ze łzami w oczach tarłem tą żyletką o szklankę, ale to nic nie dawało. Golenie było prawdziwą katorgą – ale żyletek nie dostałem.

Pędząca obrączka

Klerycy dawniej dość często asystowali przy ślubach.  Tego dnia pełniłem służbę przy kapłanie odprawiającym Mszę Świętą w rycie Trydenckim. Para młoda przyrzekła sobie miłość, wierność i uczciwość małżeńską.  Pan młody sięgnął po złotą obrączkę i zamierzał włożyć ją na dłoń małżonki. Przypadkiem jednak obrączka wyślizgnęła mu się z ręki i upadła na posadzkę.  Puk, puk…puk….puk…. odbiła się na schodach przed ołtarzem i potoczyła się dalej. Ksiądz, para młoda i ja obróciliśmy się w stronę obrączki, a ona turlała się w stronę następnych schodów. Puk…puk…puk… pokonała kolejne trzy schody. Zaparło nam dech w piersiach. Obrączka sunęła dalej po ziemi pokonując kolejne metry siłą rozpędu. Nagle zrobiło się jak w dobrym filmie. Na torze pędzącego po posadzce pierścionka znalazła się kratka szybu grzewczego. Jeszcze kilka centymetrów i….. dźwięk jadącej obrączki ucichł. Po chwili ciszy usłyszeliśmy stłumiony dźwięk metalu na dnie głębokiego  szybu grzewczego. Byliśmy w szoku. Ślub trzeba było przerwać na czas wydobycia obrączki. Zawołaliśmy brata zakonnego. Przyniósł małą drabinę… po czym włożył ją do środka. Z trudem wszedł do szybu i dopiero po kilku minutach pojawił się na powierzchni z obrączką w ręku. Ślub można było kontynuować . Proszę sobie wyobrazić miny gości weselnych… czegoś takiego jeszcze nie widzieli. Koniec końców myślę, że para młoda dzięki temu wydarzeniu szczególnie troszczyła się o obrączki w życiu małżeńskim.

Co za czasy!

Po kilku latach kapłaństwa zostałem proboszczem w Rudniku na Śląsku.  Przed nami obchody uroczystości Bożego Ciała. – Zobaczy ksiądz jak u nas wygląda Boże Ciało! – mówiła pewna zachwycona parafianka. Nadszedł czwartkowy poranek.  Obudziły mnie jakieś głosy i stukanie nieopodal plebanii. Wyszedłem na zewnątrz. Parafianie skrzętnie się uwijając przygotowywali ozdoby. Na trasie od kościoła do czterech ołtarzy układali pół metrowy pas z kwiatów. Przy ołtarzach kwiatów było jeszcze więcej. Ułożyli z nich nawet złoty kielich z, a z soli usypali hostię. Pilnowali przy tym by nikt nie śmiał wejść na kwiatowy dywan. Po nim mógł iść tylko ksiądz z Najświętszym Sakramentem. Zaangażowanych było wielu parafian. Podczas procesji wszystko było pięknie udekorowane: domy, okna, płoty, lampy. Ludzie bardzo przeżywali kościelne uroczystości. Zresztą podczas każdego nabożeństwa wszyscy przynosili ze sobą śpiewniki i głośno śpiewali. Organista tylko podawał stronę, rozpoczynał pieśń i wszyscy śpiewali. Starzy i młodzi, mężczyźni i kobiety. Godzinki były wykonywane z podziałem na chóry – męski i żeński. Zaangażowanie ludzi było zdumiewające. Serce aż się rwało do odprawiania nabożeństw!

Zima w Gietrzwałdzie.

Po kilku latach trafiłem do Gietrzwałdu. Dawniej oprócz Sanktuarium w Gietrzwałdzie kanonicy posługiwali także w pobliskim Biesalu. Co niedziela jeździłem tam motocyklem, by odprawić Mszę św. Był zimowy, niedzielny poranek. Powietrze było bardzo zimne, a ziemia skuta lodem. Na poranną Mszę w sanktuarium dotarły tylko trzy osoby. Było tak ślisko, że nie dało się ruszyć z miejsca. Wracająca z kościoła parafianka poślizgnęła się, upadła na ziemię i zjechała kilkanaście metrów plecami po schodach. Poszedłem do garażu po motor. Wywróciłem się. Wyciągam go na zewnątrz. Znowu leżę na ziemi. Próbuję wstać …. znów upadam. -To nie ma żadnego sensu, nie dam rady dojechać – pomyślałem.  Zdecydowałem, że pójdę do Biesala pieszo. Szedłem powoli, krążąc pomiędzy drzewami, które posłużyły mi za podpory. Msza miała odbyć się o godzinie 9:00. Dotarłem na 10:00. Ludzie właśnie kończyli własne nabożeństwo. Zrozumieli moje spóźnienie. Odprawiłem Eucharystię o 11:00. Po niej odwieźli  mnie samochodem do na plebanię.

Kradzież w kościele

Innym razem przyjechała do Gietrzwałdu grupa pielgrzymów i poprosiła mnie o odsłonięcie cudownego obrazu Matki Bożej. Szedłem właśnie do kościoła, aż tu nagle z zakrystii wyszli dwaj mężczyźni z torbami. W jednej z nich zabłyszczał złoty kielich. -To złodzieje! Pomóżcie mi ich złapać! – krzyknąłem. Uciekając jeden z nich porzucił torbę. Były w niej kielichy, cyboria i inne paramenty liturgiczne. Złapaliśmy tylko jednego rabusia, drugi nam uciekł. Policja spisała się wtedy na medal i ujęła go bardzo szybko. Okazało się, że ci złodzieje okradli nie tylko nasz kościół. W ich domach znaleziono wiele naczyń liturgicznych z innych kościołów. Musiałem jeszcze rozpoznać drugiego złodziejaszka na komendzie. Stanąłem przed trzema podejrzanymi i kazano mi wskazać sprawcę. Byłem wtedy w stroju świeckim – bez sutanny czy koloratki. Między nami nie było luster weneckich.  Oczywiście bez problemu wskazałem winnego. Widząc to złodziej zawołał: „ Proszę księdza, to nie ja!” – i w ten sposób nieświadomie przyznał się do winy. Gdyby nie był złodziejem nie wiedziałby, że jestem księdzem. No cóż, jak mówi stare polskie przysłowie: na złodzieju czapka gore.

 

Na koniec dodam, że dziś w klasztorze szafy nie spadają na przypadkowych użytkowników, a ksiądz Magister daje pieniądze na nowe żyletki i nie naucza jak należy je ostrzyć – metody „starej szkoły” są nam oczywiście znaneJ Dziękując księdzu Marianowi  za podzielenie się historiami życzę wiele radości  i satysfakcji z życia kapłańskiego i zakonnego. A czytelnikom przypominam, że zbliża się zima – warto uważać na oblodzone schody. A gdyby wasz ksiądz spóźniał się na nabożeństwo proponuję rozsypać piasek i sól wokół plebanii.

kl. Rafał Przestrzelski CRL