Ks. Stefan Ryłko CRL

Opublikowano

ks. Stefan Ryłko CRL (ur. 10 czerwca 1923 Ujsołach, zm. 2 stycznia 2015 w Krakowie) − Kanonik Regularny Laterański, profesor prawa kanonicznego.


Wywiad z księdzem Stefanem Ryłko z 2011 roku.

“Święci mają u niego dług”

O swoim życiu w otoczeniu świętych opowie ks. dr hab. Stefan Ryłko CRL

“Cichy, skromny, ale skuteczny” – pisała o nim prasa. I słusznie, bo procesów beatyfikacyjnych i kanonizacyjnych, w których uczestniczył nie sposób zliczyć. Właściwie każdego roku uczestniczył w pracach nad jakimś nowym świętym. Pracował przy pocesach takich postaci jak: św. siostra Faustyna, św. brat Albert, św. królowa Jadwiga, czy św. Stanisław Kazimierczyk.  Autor wielu książek o tematyce religijnej i historycznej m.in. o Gietrzwałdzie, o obrazach Matki Bożej czy o kanonikach regularnych. Choć przeżył już niemal 90 lat to energią i ruchliwością przewyższa niejednego kleryka. Współbracja pamiętają jak jeszcze niedawno mając już  ponad 80 lat samodzielnie przenosił sporych gabarytów  ksero, do którego przeniesienia zwykle potrzeba dwóch kleryków. Tak to właśnie ks.  dr hab.Stefan Ryłko CRL we własnej osobie zgodził się opowiedzieć o swoim życiu zakonnym i kapłanskim naznaczonym pracą naukową, trudami dnia codziennego i stałą opieką Bożej Opatrzności.

Młodość naznaczona wojną

Do zakonu wstąpiłem 24 kwietnia 1943  roku czyli jeszcze podczas wojny. Kraków był wtedy w delikatnie mówiąc nie najlepszym stanie. Lepsze dzilnice miasta zamieszkiwali Niemcy. Kursował tylko jeden tramwaj na ulicy św. Gertrudy. Podgórza jeszcze  wtedy nie było. Most Piłsudzkiego po zbombardowaniu odbudowano. Pełno było wszędzie starych ruder. Niemcy regularnie organizowali na ulicach łapanki. W tym czasie Kazimierz zamieszkiwała spora liczba mieszkańców, dlatego Kościół był podczas każdej Mszy Św. wypełniony niemal po brzegi. Było nas wtedy pięciu w klerykacie: kl. Szota, kl. Borowski, kl. Czarnecki, kl. Kącki i ja oraz sześciu księży. My klerycy mieszkaliśmy w części klasztoru nazywanej przez nas Olimpem, brat Alojzy ulokował się w dzielnicy Chińskiej. Plan dnia nieco się różnił od dzisiejszego, ale najważniesze punkty pozostaly niezmienne. Podczas wojny nie uczęszczaliśmy na studia, a wykłady prowadził nam ks. magister. Dopiero po zakończeniu wojny zaczęliśmy chodzić na Wydział Teologiczny UJ. Wykłady prowadziła wtedy znakomita kadra profesorska. W tamtym okresie nasi koledzy z Seminarium Diecezjalnego mieli ciężkie życie. Do święcej dochodziła mniej więcej połowa alumnów, większość odchodzila z  powodu problemow z nauką. Po wojnie  zaczęły się także aresztowania kleryków, bo niektorzy z nich należeli do AK. Święcenia kapłańskie przyjąłem w 1949 roku. Po roku posługi w Krakowie zostalem wysłany do nowej placowki w Drezdenku, gdzie wraz ze współbratem duszpasterzowaliśmy jeżdząc do ludzi motocyklem. Obsługiwaliśmy wtedy także takie miejscowości jak Rąpin, Grotów, Niegosław, Chełst i Stare Bielice. Mile wspominam dziś te czasy choć nie było łatwo.

Ksiądz stróżem prawa
Przypomina mi się historia jaka wtedy wydarzyła się w Niegosławiu. Mianowicie jeden z naszych księży w sylwestra poszedł odwiedzić znajomego milicjanta.  Drzwi do domu otworzyła mu żona milicjanta – jej mąż leżał w przedpokoju pijany. Dla żartu wyjęła z szafy milicyjny mundur męża i podała go ksiedzu. Ksiądz przyjął nietypowy “dar” i postanowił go sprytnie wykorzystać. W przebraniu milicjanta ruszył na ulice łapać łamiących przepisy drogowe i legitymować przypadkowych kierowców. I tak z poczucia niepowstrzymanego obowiązku mógł choć na chwilę zostć stróżem prawa. Stróżem łaskawym bo oczywiście żadnego mandatu nie wypisał. Cieszył się funkcą aż do momentu, gdy wylegitymował pana prokuratora, który  poznał prawdziwą tożsamość księdza. Sprawa trafila rychło do sądu, ale została umożona, bo uznano wybryk księdza za żart sylwestrowy.

Czy to cud?
Pamiętam też jak odprawiałem Msze Święte zimą w kościele w Rąpinie. Fundamenty tego Kościoła są wykonane z solidnych kamieni, podobnie zresztą jak i ściany.  Dzień był wyjątkowo zimny, więc ściany przekazywały chłód do środka. Podczas liturgii eucharystycznej spostrzegłem, że coś dziwnego dzieje się w kielichu z Krwią Pańską. “Może cud…” – pomyślałem. Przyjrzałem się bliżej nietypowemu zjawisku. Oto w kielichu pływały niewielkie kryształki lodu. To woda, którą dolewa się do wina podczas ofiarowania zaczęła zamarzać. Nie mogłem na to nie zareagować. Szybko przyłożyłem dłonie do kielicha i zacząłem  nimi ogrzewać Krew Pańską.  Całe szczęście po chwili lód się roztopił i mogłem spokojnie kontynuować Mszę.

Praca ze świętymi
Po siedmiu latach pracy w Drezdenku zostałem przeniesiony do Matki Bożej w Gietrzwałdzie. Pracowałem tam m.in. nad uznaniem przez Kościół objawień maryjnych. Po kilku latach przełożeni zdecydowali, że powinienem wrócić do Krakowa. Tam zacząłoem od 1962r. pracować jako sędzia sądu biskupiego. Funkcję pełniłem aż od 2002r. Niedługo później powieżono mi pracę nad pierwszym procesem kanonizacyjnym. Bardzo pomogła mi umiejętność szybkiego pisania na maszynie. Stenografii, która pozwalała zapisywać wszystko z prędkością mowy nauczyłem się jeszcze w klerykacie. W każdym procesie beatyfikacyjnym czy kanonizacyjnym na szczeblu diecezjalnym pracują zawsze trzy osoby. Delegat biskupa – który organizuje proces, planuje dzialania, dociera do świadków i odbywa przesłuchania . Notariusz – który zbiera całą dokumentację, bada pisma i odnotowuje fakty z życia. A także promotor sprawiedliwości – dawniej nazywany adwokatem diabła, który krytycznie bada sylwetkę sługi bożego oraz zgromadzony materiał dowodowy. Najczęściej pełniłem funkcje delegata, choć mialem okazje być też notariuszem i promotorem sprawiedliwości.

Pragnienie abp. Wojtyły
Po zakończeniu każdegego procesu na szczeblu diecezjalnym odprawiana była Msza Święta w kaplicy na Wawelu z ówczesnym arcybiskupem Krakowa Karolem Wojtyłą. Zapadło mi w pamięć z jaką gorliwością odprawiał każdą Mszę Świetą. Nigdy przy mnie nie brał drugiej modlitwy eucharystycznej, która jest najkrótsza. Nie szczędzil czasu Panu Bogu. Późniejszego papieża znałem jeszcze jako ksiedza. Ale najlepiej pamiętam jedną rozmowę, na którą mnie wezwał do siebie. Ks. Dziwisz przed wejściem do gabinetu poprosił bym za długo tam nie siedział. Rozmawialiśmy grubo ponad godzinę. Po wyjściu ks. Dziwisz nie mial jednak żadnych pretensji. Wiedzial, że to była ważna rozmowa. Odnioslem wrażenie, że późniejszemu papieżowi bardzo leżała na sercu sprawa beatyfikacji królowej Jadwigi, którą miałem prowadzić.  Jan Paweł II beatyfikował ją w 1979r. a później kanonizował w 1997r.

Świetych i błogosławionych, nad  którymi pracowałem było wielu. Udało się  dzięki Łasce Bożej zakończyć pomyślnie wszystkie procesy poza jednym, z którego zrezygnowałem z przyczyn zdrowotnych. Najwięcej pracy kosztowala kanonizacja św. Stanisława, nad którą pracowałem w przeciągu 30 lat (oczywiście nie ciągle). Paradoksalnie największym problemem okazało się udokumentowanie historyczności św. Stanisława, czyli udowodnienie, że Kazimierczyk istniał na podstawie obiektywnych dokumentów. Mnóstwo czasu spędziłem przeszukując stare księgi archiwum miejskiego w Krakowie. Ale ostatecznie udało się i już od ponad roku możemy cieszyć się nowym polskim świętym. W pracy przyświecała mi zawsze chęć pozostawienia czegoś dla potomnych. Już w XXI wieku starałem się wraz z moimi współbraćmi o uzyskanie tykułu bazyliki dla kościoła Bożego Ciała na Kazimierzu i o koronację obrazu Matki Bożej Zbawiciela. Za to jestem bardzo wdzięczny kard. Franciszkowi Macharskiemu, mojemu rocznikowemu jeszcze z lat studiów. [ Księża wspominają, że pukając niekiedy do celi ks. Ryłki drzwi otwierał kard. Macharski, co zresztą powodowało niemałe zdziwienie, od red.] Jest jeszcze sporo pracy naukowej, m.in. dotarcie do dawnych konstytucji zakonu i przetłumaczenie ich na język polski, ale myślę, że tym już się zajmą młodsi. Cieszę się, że wciąż przychodzą do zakonu młodzi chłopcy chcący poszukiwać Boga w swoim życiu, bo dawniej dla przykładu przychodzilo dziesięciu kandydatów, a do kapłaństwa dochodził tylko jeden kleryk. No i czasem przychodzili z różnych dziwnych pobudek,  a dzisiaj jest z tym znacznie lepiej. Teraz do was młodych należy przyszłość Kościoła.

Za podzielenie się ciekawym świadectwem życia w imieniu wszystkich czytelników serdecznie dziękuję. Życzę księdzu przede wszystkim zdrowia i  jescze wielu lat owocnego  życia we wspólnocie. Niech Matka Gietrzwałdzka hojnie księdzu błogosławi.

kl. Rafał Przestrzelski CRL