Świadectwa

“Zza klauzury” – wywiady kleryka Rafała Przestrzelskiego do czasopisma “Cor Unum”.

  • ks. Stefan Ryłko CRL, wywiad z 2011 roku – [czytaj]
  • ks. Jan Brzozowski CRL – [czytaj]
  • ks. Marian Dudzik CRL – [czytaj]
  • ks. Tadeusz Masłowski CRL – [czytaj]

Świadectwa

“PIERWSZY KROK”
Najtrudniejszy dzień mojego życia -16 sierpień 1993 – dziś, po 12 latach, wspominam go jako najcenniejszy dzień mojego życia.To był poniedziałek. Jechałem z moim ojcem naszą starą Skodą 120. Dzień był upalny. Oglądałem przez szybę wielki, piękny, wolny świat. W głowie miałem mętlik. Przez mój umysł przewijała się tylko jedna myśl – rozstanie. W sercu wyło tylko jedno uczucie – tęsknota. Ta myśl żegnała wszystko, z czym się rozstawałem; mój ukochany wielki, wolny świat, dom, moich przyjaciół, dziewczynę i całą moją młodość- „chmurną i durną”. Tęsknota to rozstanie starała się opóźnić. Byłem zdumiony moją młodzieńczą decyzją… i przerażony. Przerażony własną grzesznością i świętością tej decyzji. To był dzień mojego wstąpienia do klasztoru.

Klasztorny mur przywitał mnie przed godziną szesnastą. Zadzwoniłem do furty. Z okienka wyłoniła się głowa brata zakonnego. Trochę się przestraszyłem jego twarzy. Później dopiero się dowiedziałem, że pracował ciężko w Hajfie, w hucie metali i to ta praca wyrzeźbiła jego twarz. Polecił mi, abym poczekał na magistra nowicjuszy. Czekałem przed schodami prowadzącymi za klauzurę. Czas oczekiwania na przekroczenie drzwi klasztoru wydawał mi się wiecznością. Nogi uginały się pode mną ze strachu. Po paru minutach przyszedł mój przyszły wychowawca. Stanął na szczycie schodów. Spojrzałem w górę. Czułem się wtedy niezwykle mały i bezradny. Zaprosił mnie na górę. Przywitał mnie i otworzył drzwi. To był mój pierwszy krok. Krok wykonany drżącymi nogami; niezwykle cenny dla całego mojego późniejszego życia.

Najtrudniejsze były pierwsze trzy miesiące. Tu wszystko było inne. Stare, klasztorne mury pamiętające wielkich królów ilustrowały nowe życie. To życie musiało być mocne i wieczne jak filary w kościele; zahartowane jak posadzka w korytarzu prowadzącym do kaplicy; mądre jak myśli naszych przodków zapisane w starych księgach klasztornej biblioteki; dobre jak setki serc bijących przez wieki w klasztornych celach i święte jak Święty Duch, który przenikał nas w średniowiecznej kaplicy.

To życie zaczęło mnie pociągać. Trochę przygniatała mnie jego twardość i surowość. Serce z całym wachlarzem uczuć, chciało wrócić do świata. Był jednak mur. Mur, który mobilizował, aby poszukiwać tu – w klasztorze, w sobie. Wtedy ten Święty Duch z kaplicy otworzył mój modlitewnik na „Litanii do serca Pana Jezusa”. Modliłem się do serca Jezusa każdego dnia. Moje serce przestało się bać i tęsknić. Zdziwione odkrywało zupełnie nieznaną dotychczas miłość. Miłość, która dawała pokój, moc i sens życia. Miłość, która była cicha i nie miała nic z przemocy, była cierpliwa i zawsze dawała szanse, nigdy się na mnie nie gniewała, ani nie unosiła przede mną pychą. Wierzyła we mnie, pokładała nadzieję i pomagała wszystko przetrzymać. Po dziś dzień mój nowicjacki modlitewnik otwiera się zawsze na litanii do serca Pana Jezusa. I te trzy kartki są najbardziej zniszczone od czytania.

W grudniu byłem już przygotowany do spowiedzi generalnej. Chciałem być bardzo szczery wobec spowiadającego mnie karmelity. Wszedłem do kaplicy. Panował w niej półmrok. Trzy miesiące w klasztorze dodało mi odwagi. Było mi to naprawdę potrzebne, aby przeprowadzić dzielny rozrachunek z mojej przeszłości. Opowiedziałem karmelicie wszystko o ciemnych demonach mojego wnętrza i życia. Postawiłem mu pytanie, którego bałem się najbardziej: „Czy z taką przeszłością mogę zostać w klasztorze?”. Odpowiedział krótko i pewnie: „MOŻESZ”. Byłem szczęśliwy. Chyba tak, jak ja wtedy się czułem, czuje się grzeszna dusza, którą po śmierci miłosierny Jezus zaprasza do siebie i mówi jej „MOŻESZ TU ZOSTAĆ – NA ZAWSZE”.

Parę dni później były obłóczyny. Sutanny dostaliśmy na Mszy św. o 6:30 rano w kaplicy. Było wtedy bardzo zimno. Sutanny były stare, naprawiane, z łatami. Jednak dla mnie były one najpiękniejsze i pachnące; jak niezwykły prezent od najlepszego przyjaciele.

Od tych grudniowych wydarzeń klasztor stał się naprawdę moim domem. Nawiązywałem wspaniałe przyjaźnie ze współbraćmi, które są żywe po dziś dzień. Nawet w wigilię Bożego Narodzenia moje serce już nie tęskniło. Dostałem nowy dom, nową rodzinę, nowy sens życia. I to było piękne.

Od tamtych dni minęło 12 lat. Ukończyłem teologię. Zrealizowałem moje marzenia. Dziś jestem piąty rok księdzem. Często mogę się cieszyć wdzięcznością ludzi za kapłańską posługę. Dziękuję za te wszystkie dary Bogu, dziękuję Mu za cierpliwość do mnie, miłosierdzie i wiarę w moje serce. Brakuje mi jednak często tylko jednej rzeczy: tamtej, prostolinijnej, nieteologicznej, niedojrzałej, trochę naiwnej wiary… z „Litanią do serca Pana Jezusa” w ręku.

Ks. Jarosław Klimczyk CRL

 


 

“A DLACZEGO KSIĄDZ ZOSTAŁ KSIĘDZEM?”

 

Zawsze bałem się tego pytania, gdy maluchy ze szkoły podstawowej, w której katechizowałem, domagały się szybkiej, krótkiej i jasnej odpowiedzi. Wiedziałem, że nie ma co lać wody ani posługiwać się cytatami z dokumentów Kościoła. Czarne, świdrujące oczka oczekiwały, że powiem im najbardziej osobistą i głęboką prawdę. Byłem bezradny. Nie wiedziałem, co powiedzieć.

Droga

„Dlaczego ksiądz został księdzem?” Paliło mnie to pytanie, gdy pokonany wracałem ze szkoły uliczkami krakowskiego Kazimierza. Ze zdziwieniem stwierdziłem, że właściwie nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Wszystko wydawało mi się takie normalne i zwykłe. Szkoła, matura, nowicjat, seminarium, kapłaństwo. A przecież dzisiejsze spotkanie z dziećmi uświadomiło mi, że czegoś nie wiem, że czegoś nie poszukuję, że ciągle coś jest wielką tajemnicą mojego życia.

Biblia

„Dlaczego ksiądz został księdzem?” Chwyciłem za Biblię. Mój ojciec duchowny mówił, że siebie i swoje życie najlepiej poznaje się w świetle Słowa Bożego. Otworzyłem Ewangelię św. Marka. Chciałem zobaczyć jak księdzem zostali Piotr, Andrzej, Jan i Jakub. Przecież wtedy nie było szkoły, matury, seminarium. Przecież to nie może być istota drogi do kapłaństwa. I wtedy zaczęła rozjaśniać się moja tajemnica.

Spojrzenie

Ujrzałem najpierw Jezusa. Przyszedł osobiście nad Jezioro Galilejskie, aby powołać uczniów. To było coś niezwykłego, bo w tamtych czasach to uczniowie szukali mistrza, a tymczasem to Mistrz przyszedł szukać uczniów. Był to zwykły, szary dzień. Rybacy w mozole wyjmowali sieci. Jezus lubił zwyczajność. Stanął obok tych, których zauważył. A oni jakby sobie nic nie robili z obecności Przybysza. Byli zajęci pracą. Jezus ostrożnie wszedł w ich życie tak, żeby mieli możliwość wyboru. I spojrzał na nich. W tym spojrzeniu było coś niezwykłego. To spojrzenie było tak głębokie, że Jezus poznał ich serca, potrzeby, oczekiwania, pragnienia. Patrzył na nich, rozumiejąc ich życie i problemy. I patrząc, rzekł do nich: „Pójdźcie za Mną”. Tym spojrzeniem i słowem Jezus chciał swoim życiem wypełnić ich życie, pełne trosk i rybackiego trudu. Zaproponował im zupełną przemianę życia. Mówił, że już nie będą łowić ryb, aby je zabijać i jeść. Teraz będą łowić ludzi pogrążonych w śmierci grzechu, aby ich wskrzesić do życia. Zaufali Mu i natychmiast poszli za Nim.

Przyjaciel

„A dlaczego ksiądz został księdzem?” Teraz mój umysł zaczął wychodzić z ciemnych chmur tajemnicy. Rozumiałem, że z moim powołaniem było podobnie, choć nie mogło być identycznie, jak z powołaniem pierwszych uczniów. Przecież nie byłem rybakiem, ale wędkarzem, nie mieszkałem nad Jeziorem Galilejskim ale nad Notecią, a przede wszystkim od wniebowstąpienia Jezus nie chodził po ziemi. Jednak w tym momencie odblokowała mi się pamięć.
Przypomniałem sobie czas przedszkolny. To wtedy wszystko się zaczęło. Poznałem wówczas bardzo wesołego księdza. Miał na imię Jan. Zimą zabierał dzieciaki na sanki, a latem na rowery. Zawsze miał w pokoju słodycze, którymi nas obdarowywał. I miał piękne radio, z którym mogliśmy zrobić, co chcemy, a nawet urwać pokrętło. A przede wszystkim opowiadał nam o Jezusie. Uczył nas się modlić. I pokazywał, że być dobrym to bardzo przyjemna sprawa. Potem przed Pierwszą Komunią pierwszy raz w życiu spowiadałem się  właśnie u niego. W ogóle się nie bałem, bo po drugiej stronie kratek był mój przyjaciel, tak jakby sam Jezus tam siedział. Nie zapomnę, gdy wyjeżdżał. Wypłakałem morze łez schowany za firanką w pokoju.
Myślę, że to właśnie wtedy Jezus spojrzał na mnie jego oczami. To właśnie wtedy Jezus zachwycił mnie sobą w jego osobie. To właśnie wtedy, tam za firanką, cały zapłakany pomyślałem, że ja też chcę być księdzem, chcę być jak on, chcę być jak Jezus.

Ucieczka

A potem życie płynęło raz szybciej, raz wolniej. Im byłem starszy, tym słabiej słyszałem ten głos Jezusa. Był czas, że nie chciałem go słyszeć. Unikałem tego spojrzenia. Bałem się, nie rozumiałem, uciekałem.

Powołanie

Zawsze jednak miałem szczęście do dobrych księży. Opiekowali się, formowali, pomagali, zawsze mogłem na nich liczyć. Bardzo często, zwłaszcza w trudnych sytuacjach, widziałem w ich oczach spojrzenie Jezusa, a w ich słowach słyszałem Jego słowa. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że oni mnie powoływali. Powoływali w imieniu Jezusa.

Ocean

Kiedy już byłem dorosły, kiedy moje serce wiedziało już, co to jest świętość, ale i mrok grzechu, inaczej brzmiała propozycja Jezusa, aby „pójść za Nim”. W tym „pójdź za Mną” kryło się coś więcej: nawróć się, zmień kierunek życia, przestań skupiać się na sobie, wyjdź poza swój malutki świat, wypełnij swoje życie Moim życiem. Nie dało się nie rzucić w ten ocean nadziei i miłosierdzia. I rzuciłem się…

Pragnę

„Dlaczego ksiądz został księdzem?” Nie wiem, czy umiem dziś odpowiedzieć na to pytanie maluchom z podstawówki. Myślę nawet, że to nie ja mam odpowiadać. Tylko serce dziecka może sobie odpowiedzieć na to pytanie, widząc moje kapłańskie życie. Oby zobaczyło w nim Boga. Bardzo tego pragnę. Bo właśnie dlatego zostałem księdzem.

Ks. Jarosław Klimczyk CRL


“MOJE POWOŁANIE”

Nie spotkałem Chrystusa, kiedy powoływał pierwszych Apostołów. Nie ujrzałem Go nad brzegami Jeziora Galilejskiego ani kiedy dokonywał cudów. To Jezus wypatrzył mnie w tłumie, chłopaka z szarego blokowiska, jak igłę w stogu siana, podał swoją dłoń i zaprosił do wędrowania w nieznane.

Na podjęcie kroku jakim było wstąpienie do zakonu, złożyło się mniej i bardziej biograficznie istotnych przeżyć z młodzieńczego życia. Kanonicy Regularni pojawili się na horyzoncie drogi mojego życia 2 kwietnia 2005 roku. W tamtym pamiętnym dniu uczestniczyłem we Mszy  św. w Wigilię Niedzieli Miłosierdzia Bożego w kanonickiej parafii w Ełku. Przeżywałem ją w łączności z umierającym Papieżem. W moim sercu wybrzmiały z niezwykłą siłą Jego słowa: „Nie lękaj się. Otwórz drzwi Chrystusowi”. Wystarczyły tylko te słowa, które zmieniły kierunek moich życiowych poszukiwań.

Niezwykle ważnym doświadczeniem, które utwierdziło mnie w Jezusowym wezwaniu było uczestnictwo w XX Światowych Dniach Młodzieży w Kolonii. Wspólnie z milionową rzeszą młodych ze wzrokiem ku niebu śpiewaliśmy: „Jesus Christ, you are my life”. Dzięki temu spotkaniu moja wiara stała się silniejsza, piękniejsza oraz bardziej dojrzała, aby móc odpowiedzieć na wezwanie Pana.

Od ponad pięciu lat jestem po drugiej stronie klasztornej furty. Tutaj odkrywam Chrystusa, który przychodzi w modlitwie, we współbracie, w tęsknocie, w pracy i nauce. Najpiękniejsze jest to, że Bóg jest tutaj na wyciągnięcie ręki, pod jednym dachem, dwadzieścia cztery godziny na dobę. Ta bliskość nadaje wartość każdej chwili życia. I naprawdę nie ma wtedy banalnych dni, godzin i minut.

Raz uczyniwszy wybór- codziennie wybierać muszę. Za tym pierwszym wyborem, jakim było wstąpienie na drogę życia zakonnego idą kolejne. Każdy dzień jest na nowo potwierdzeniem tego pierwszego „tak”. A szczęście płynące z tego wyboru jest wielkie. Jednak liczy się nie tylko pierwszy zapał, entuzjazm, zachwyt. Liczy się to, co następuje po tym- wierność do samego końca.

Drogi przyjacielu! Jeśli w swoim sercu nosisz pragnienie, by pójść za Jezusem, nie wahaj się. W tym pragnieniu może być znak, że tego chce od Ciebie Pan. Może to jest Twoja droga do szczęścia. Mogę Ciebie zapewnić, że warto powiedzieć TAK. Warto oddać życie dla Niego. Droga Chrystusa i Twoja droga. Dokąd Ona Ciebie zaprowadzi? Nie pozostawiaj tego pytania bez odpowiedzi. Od niej zależy Twoja doczesność i wieczność.

Kl. Piotr Szydełko CRL

 

 

Polecamy